Muzeum Historii Polski

Wystawa organizowana przez Muzeum Historii Polski. Można ją było oglądać w dniach 11.11.2008 - 1.03.2009 w Zamku Królewskim w Warszawie.

Muzeum Historii Polski dziękuje Zarządowi Spółki Tramwaje Warszawskie za bezpłatne wypożyczenie tramwaju w dniach 27 i 28 lutego na promocję finisażu wystawy: Dwudziestolecie. Oblicza Nowoczesności. Dziękujemy także członkom Klubu Miłośników Komunikacji Miejskiej za prowadzenie tramwaju jako wolonatiusze.



organizator


współorganizator





sponsor wystawy

więcej...

Sport w II Rzeczypospolitej

Poprzedni artykuł: W rytmie epoki



W 1918 roku po odzyskaniu niepodległości, sport – tak samo jak przemysł, finanse, oświatę – trzeba było odbudowywać niemal od zera. Odbudowa poszła całkiem sprawnie i osiągnięcia polskich sportowców okresu międzywojennego z pewnością rozsławiały kraj i były przedmiotem dumy jego mieszkańców. Działacze sportowi już na konferencji 20-22 września 1918 roku stworzyli ogólnopolski związek zajmujący się sportem całej odrodzonej ojczyzny. Sportowcy, wyprzedzili więc niepodległość o półtora miesiąc. Sport w II RP niemal z każdym rokiem stawał się coraz popularniejszy. Kto wie, czy jego ogólnodostępność nie była jednym z największych osiągnięć Polski międzywojennej. Uroki sportu zaczęły dostrzegać zarówno elity polityczne, kulturalne, wojskowe, jak i robotnicy i rzemieślnicy. Zawody sportowe gościły często nawet w niewielkich wsiach. Kultura fizyczna trafiała do wszystkich, niezależnie od poglądów politycznych, religijnych przekonań i pochodzenia narodowościowego. W 1921 roku, a więc zaraz po odzyskaniu niepodległości, było w odrodzonym kraju ledwie 70 tysięcy sportowców. Trzy lata później do klubów i towarzystw sportowych należało już ponad 115 tysięcy osób, a w 1938 roku ponad 352 tysięcy, uprawiających sport w 4500 organizacjach.

Od roku 1927 nad całością spraw związanych ze sportem czuwał Państwowy Urząd Wychowania Fizycznego i Przysposobienia Wojskowego (PUWFiPW) i to kompetencjom tego urzędu Polacy zawdzięczali sprawną działalność na polu kultury fizycznej. Kraj po 123 latach niewoli miał marną infrastrukturę sportową i turystyczną. Po dwudziestu latach zaległości te znacznie nadrobiono. Powstawały zarówno modne hotele, jak i skromne, ale liczne schroniska górskie, lokalne boiska i wielkie nowoczesne stadiony, pierwsze kryte pływalnie i skocznie narciarskie. Ruszyły uczelnie sportowe, z Centralnym Instytutem Wychowania Fizycznego (od 1937 Akademią Wychowania Fizycznego) na czele. Przykładano wagę do wychowania fizycznego w szkole, organizując dla uczniów liczne zawody. Swoje rozgrywki mieli nie tylko uczniowie, ale także wojsko, pocztowcy, kolejarze, studenci, urzędnicy, robotnicy. To wszystko sprawiło, że mieliśmy w dwudziestoleciu międzywojennym spore sukcesy.
Gdy w 1928 roku na Igrzyskach Olimpijskich po raz pierwszy zagrano Mazurka Dąbrowskiego (a stało się to za przyczyną „złotego” rzutu dyskiem Haliny Konopackiej), Polskie Radio nadało specjalny komunikat. Konopacka stała się bohaterką zbiorowej świadomości. Gdy powróciła z igrzysk, na trasie jej przejazdu wiwatowały nieprzebrane tłumy, a witali ją członkowie rządu. Nasza pierwsza złota medalistka stała się wzorem dla tysięcy Polaków, także tych mieszkających poza krajem. Jesienią 1928 roku w dalekiej Argentynie powstał Polski Klub Sportowy „Halina”, a w całej Polsce jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać Kobiece Kluby Sportowe.

Kilka miesięcy po olimpijskim sukcesie Polki ukazała się monumentalna księga „Dziesięciolecie Polski Odrodzonej”. O sporcie napisano tam wiele – prawie 20 stron. Było o czym pisać, a przecież był to dopiero półmetek dwudziestolecia. Najpopularniejszą dyscypliną była piłka nożna, uprawiana w zdecydowanej większości klubów sportowych. Polski Związek Piłki Nożnej powstał już w 1919 roku, a liczył 32 członków założycieli. Po niespełna dwóch latach działalności PZPN naliczono ok. 2500 piłkarzy w 126 zarejestrowanych klubach, ale popularność tej dyscypliny rosła w szalonym tempie. Przed wybuchem II wojny światowej w Polsce futbol uprawiało ok. 120 tysięcy młodzieży, zrzeszonej w 900 klubach. Futbolem żyły całe dzielnice, miasta, miasteczka. Ogromnym zainteresowaniem cieszyły się mecze reprezentacji Polski. Te pierwsze historyczne występy nie należały do udanych. W grudniu 1921 roku reprezentacja przegrała w Budapeszcie z Węgrami 0:1, a pół roku później w Krakowie z tymi samymi rywalami było jeszcze gorzej: 0:3! Pomału uczyliśmy się jednak futbolowej sztuki i też mieliśmy swoje chwile sławy, choć statystyka nie wygląda zbyt imponująco. W kolejnych 84 oficjalnych występach odnieśliśmy 29 zwycięstw i 15 remisów. Rzecz jednak w tym, że z okresu międzywojennego najlepiej wspominane są te mecze, które przegraliśmy. W roku 1936 na igrzyskach olimpijskich w meczu o brązowy medal pokonali nas Norwegowie 2:3. Pamiętny był też mecz z 1938 roku, gdy na mistrzostwach świata przyszło się biało-czerwonym mierzyć z Brazylią. Porażka po dogrywce 5:6 wstydu nam nie przyniosła, a cztery wspaniałe gole strzelone przez naszego asa Ernesta Wilimowskiego były przedmiotem dumy. Spotkania transmitowało Polskie Radio, a ponieważ nie każdy miał odbiornik, więc radiofonizowano najpopularniejsze miejsca w mieście. W 1936 roku futbolowych wieści z Igrzysk Olimpijskich słuchano np. w warszawskim Ogrodzie Saskim lub przed sklepami ze sprzętem radiowym. Naoczny świadek tak słuchanych relacji wspominał moment, w którym spiker z radością wykrzykiwał: „Jest, ... jest! Mamy bramkę! [...] Tłum kołysze się i huczy. Na twarzach błysk radości. Pada okrzyk: Niech żyją! Wysoko ponad głowami wylatują czapki młodocianych entuzjastów. Nie tylko młodzieży udziela się ten entuzjazm. Jakiś brodaty handlowiec w długiej czarnej kapocie bije zajadle w dłonie i krzyczy: Brawo, bis!

A oto znów jakaś zasuszona staruszka w staroświeckiej mantylce, nabożnie składa ręce, szepcząc zgrzybiałymi wargami: O mój Boże, mój Boże... .Ręczę, że jak żyje, nie widziała meczu piłkarskiego, nie była na boisku sportowym, a jednak i ją także porwała ta potężna fala zwycięskiej radości”. Meczami interesował się cały naród, także ludzie ze świecznika. Kazimierz Sosnkowski (w czasie wojny Wódz Naczelny) był przez 11 lat prezesem „Polonii” Warszawa i kibicował na najważniejszych meczach swej drużyny. Gdy wygrywała, prezes fatygował się do szatni gratulować graczom. Leopold Okulicki (przyszły Komendant Główny AK) w 1936 roku był kierownikiem piłkarskim stołecznej „Legii”. Na futbolowych zmaganiach widziano także Józefa Piłsudskiego, zaś marszałek Rydz Śmigły miał klub swego imienia („Śmigły” Wilno).
Na mecze chadzała też śmietanka towarzyska wielkich miast. W Warszawie aktorzy popularnego teatrzyku „Qui Pro Quo” rezerwowali miejsca dla piłkarzy „Polonii” na najlepsze przedstawienia, a w zamian otrzymywali wejściówki na najważniejsze mecze. Rozgrywki piłkarskie znacznie zyskały na atrakcyjności w 1927 roku, gdy utworzono I ligę. Najczęściej grały w niej drużyny ze Lwowa („Czarni”, „Pogoń”, „Hasmonea”, „Lechia”), z Krakowa („Wisła”, „Cracovia”, „Jutrzenka”, „Garbarnia”), ze Śląska („Ruch” Hajduki Wielkie, „Śląsk” Świętochłowice, AKS Królewska Huta/Chorzów) oraz z Warszawy („Warszawianka”, „Polonia” i „Legia”). Niektórzy z piłkarskich asów przeszli do legendy. Józef Kałuża („Cracovia”) doczekał się swojej ulicy w rodzinnym Krakowie. O Wacławie Kucharze („Pogoń”) pisali książki, zaś Władysław Szczepaniak („Polonia”) był pierwowzorem bohatera powojennej książki Adama Bahdaja „Do przerwy 0:1”. W kadrze narodowej najczęściej grali: Józef Kotlarczyk („Wisła”) – 35 razy i Henryk Martyna („Legia”) – 32 razy. Najwięcej goli strzelił wspomniany już Ernest Wilimowski („Ruch”) – 21 i Józef Nawrot („Legia”) – 17.

Sport uprawiali z sukcesem oficerowie WP. W jeździectwie osiągnięcia miał Tadeusz Komorowski (później gen. „Bór” – Komendant Główny AK), który w 1924 roku pojechał na igrzyska olimpijskie. W 1936 roku znów był na igrzyskach, tym razem jako kierownik drużyny jeździeckiej. Wielu jeździectwo (hipikę) uważało za narodowy sport Polaków, choć w rzeczywistości było dyscypliną elitarną, uprawianą głównie w jednostkach wojskowych. Polscy jeźdźcy startowali w liczących się zawodach międzynarodowych, niemal zawsze odnosząc jakieś triumfy. Adam Królikiewicz wywalczył brązowy medal olimpijski w skokach przez przeszkody w 1924 roku, a cztery lata później polska drużyna – medal srebrny. Na igrzyskach berlińskich 1936 roku polscy jeźdźcy zdobyli „tylko” srebrny medal w konkursie drużynowym, co potraktowano jako porażkę. Najczęściej w kadrze polskiej występował Kazimierz Szosland – aż 30 razy. Na podziw zasługiwał też rekord w skoku na wysokość Karola Rómmla (brata bohaterskiego obrońcy Warszawy w 1939 roku, Juliusza) – 198 cm. Warto dodać, że wśród kadrowiczów hipiki był Henryk Dobrzański (ps. „Hubal”), który 10 razy reprezentował nasz kraj na zawodach międzynarodowych. W 1927 roku polskie jeździectwo doczekało się reprezentacyjnego hipodromu w Łazienkach. Częstym jego gościem był legendarny kawalerzysta Bolesław Wieniawa-Długoszowski. Pasjonował się on hipiką, ale był prezesem... Polskiego Związku Szermierczego (w 1938 roku). Szermierkę także uznawano za sport odpowiadający „duszy polskiej”. Początkowo nie miało to pokrycia w wynikach, ale począwszy od igrzysk olimpijskich 1928 roku polscy szermierze, zwłaszcza szabliści, dołączyli do ścisłej światowej czołówki. Zdobywali brązowe medale olimpijskie( w 1928 i 1932 roku), a w 1936 roku zajęli pechowe IV miejsce. Obok sukcesów sportowych, zanotowali też osiągnięcie organizacyjne – Warszawa była w 1934 roku gospodarzem mistrzostw Europy. O ile jeździectwo i szermierka uchodziły za „sporty polskie”, o tyle hokej na lodzie był dyscypliną całkowicie nową, przed I wojną światową nieznaną Polakom. Z powodu braku sztucznych lodowisk grano na zamarzniętych stawach czy zakolach rzek, co czasem bywało niebezpieczne. Nie przeszkodziło to w popularności tej dyscypliny – w Warszawie działało aż 10-12 klubów uprawiających tę dyscyplinę (dziś nie ma żadnego, choć jest Torwar), a w całej Polsce prawie 70 klubów (w 1933 r.). W latach dwudziestych fenomen stanowiła drużyna warszawskiego AZS, stanowiąca trzon reprezentacji Polski. Ówcześni znawcy hokeja klasyfikowali AZS na V miejscu w Europie. Liderem hokeistów AZS był Tadeusz „Ralf” Adamowski, który gry nauczył się w Stanach Zjednoczonych, gdzie na tamtejszym Harwardzie kończył studia. Adamowski, był kuzynem Ignacego Paderewskiego i zrobił tyle dla polskiego hokeja, ile jego wujek dla polskiej polityki. Gdy w 1923 powrócił do ojczyzny, przywiózł z sobą nowoczesne łyżwy, stroje i kije hokejowe, a także reguły gry w hokeja. Szybko do Adamowskiego dołączył inny reemigrant z Kanady – Wilhelm Rybak. Obaj stali się nie tylko najlepszymi graczami, ale i pierwszymi trenerami. Największy sukces (organizacyjny i sportowy) hokeiści odnieśli w 1931 roku podczas Hokejowych Mistrzostw Świata rozegranych w Krynicy. Zajęli IV miejsce za Kanadą, USA i Austrią, co oznaczało, że Polska była II w Europie. Nic więc dziwnego, że aż trzech Polaków grało w reprezentacji Europy przeciw Kanadzie. Byli to Tadeusz Adamowski, Aleksander Tupalski i bramkarz Józef Stogowski.

Pod względem popularności z hokejem na lodzie mogło równać się narciarstwo. Polski Związek Narciarski powstał już w 1919 roku jako jeden z pierwszych. Początkowo zrzeszał ponad 500 narciarzy, a dwadzieścia lat później miał już ponad 25 tysięcy członków, działających w 273 klubach. Wyjaśnijmy, że uprawiali oni wszystkie sporty kojarzone z nartami, a więc biegi narciarskie, skoki, zjazdy, a nawet (do 1929 roku) bieg narciarski z przeszkodami. Największy sukces osiągnął Stanisław Marusarz, gdy w 1938 roku zdobył wicemistrzostwo świata w skokach narciarskich. Dziś, gdy wspominamy przedwojenne polskie narciarstwo, w pamięci pozostają nazwiska sportowców, którzy w czasie wojny bohatersko służyli ojczyźnie wykorzystując swe narciarskie umiejętności. Stanisław Marusarz był kurierem i przez Tatry z okupowanego kraju przeprowadzał ludzi zagrożonych aresztowaniem. W ruchu oporu działał Bronisław Czech i Helena Marusarzówna. Cała trójka była aresztowana przez hitlerowców, ale ocalał tylko Marusarz. Przedwojennym sukcesem organizacyjnym narciarzy było uzyskanie prawa do organizacji mistrzostw FIS w Zakopanem. Mistrzostwa zorganizowano znakomicie, i to dwa razy – w lutym 1929 i 1939 roku. Duża w tym zasługa Aleksandra Bobkowskiego, wieloletniego prezesa PZN, a także członka rady międzynarodowej FIS.

O wyczynach Stanisława Marusarza (i jego wojennych przygodach) nakręcono film. Warto w tym miejscu przypomnieć inną sportową postać, której wojenne losy zostały pokazane w kinie. Bohaterem, o którym mowa, był znakomity przedwojenny pływak warszawskiego AZS – Jerzy Iwanow-Szajnowicz, a film nosił tytuł: „Agent nr 1”. Szajnowicz wykorzystywał swe nadzwyczajne pływackie umiejętności do konspiracji w greckim ruchu oporu i sabotażu. Pływanie przed II wojną światową stało w Polsce na miernym poziomie. Tylko jeden zawodnik – Kazimierz Bocheński – mógł nawiązać w miarę równorzędna walkę z zagranicznymi rywalami. Dlatego też Polski Związek Pływacki (założony w 1922 r.), unikał spotkań międzynarodowych, których do 1939 r. zorganizowano tylko 11 (9 zakończonych porażką). Pierwszy kryty basen Polska zbudowała dopiero w 1927 r. W latach trzydziestych z tego poważnego zaniedbania zaczęto zdawać sobie sprawę i do 1939 r. wybudowano jeszcze 33 kryte pływalnie. Zatrudniono też zagranicznego trenera, Amerykanina Howarda Steepa. Naukę pływania prowadzono przez radio i na obozach sportowych. Zaległości nadrabiano w błyskawicznym tempie.

W parze z pływaniem szły skoki do wody i piłka wodna. Tutaj żadnych wartościowych wyników nie osiągnęliśmy, a wspominam o tych sportach z dwóch powodów. Konkursy skoków do wody ściągały sporo widzów, zaś waterpolo doczekało się (od 1933 r.), na wzór piłki nożnej, rozgrywek I ligi. Obie dyscypliny wzbudzały przed wojną stokroć większe emocje niż dziś. Spośród sportów wodnych dominującą pozycję w II RP miało wioślarstwo. Polski Związek Towarzystw Wioślarskich (powstały w 1919 r.) zrzeszał w roku 1938 ok. 80 klubów i 8000 członków. Wioślarze mieli bogate tradycje. Wystarczy przypomnieć, że Warszawskie Towarzystwo Wioślarskie powstało już w 1878 r. i jeszcze w XIX wieku wybudowało własną przystań nad Wisłą. Może dlatego właśnie wioślarze wracali z medalami z igrzysk olimpijskich, choć nigdy nie zdobyli złotego. Fenomenem był Roger Verey z krakowskiego AZS (imię i nazwisko zawdzięcza w połowie węgierskiemu pochodzeniu), który kilkunastokrotnie był mistrzem Polski, siedmiokrotnie medalistą mistrzostw kontynentu oraz brązowym medalistą igrzysk olimpijskich (w 1936 r.). Wioślarstwo, pływanie, jak również kajakarstwo i żeglarstwo cieszyły się dużym zainteresowaniem ze względu na walory turystyczno-rekreacyjne. Wisła w Warszawie w rejonie od Kępy Czerniakowskiej do mostu średnicowego zabudowana był prawie 30 przystaniami organizacji sportowych, a każda z nich mogła wypożyczyć średnio po kilkadziesiąt kajaków, łodzi, pontonów i (nieco mniej) żaglówek. Wypożyczalnie miały też miejskie plaże (np. „Poniatówka”), które w upalne dni przeżywały prawdziwe oblężenie. W górze Wisły czekały na turystów dwie stanice wodne: w Wilanowie i przy ujściu Świdra koło Otwocka. Pejzaż wiślanych okolic był diametralnie inny od dzisiejszego, posępnego.

Wśród osiągnięć sportowych II RP nie może zabraknąć triumfów tenisowych Jadwigi Jędrzejowskiej, tenisistki AZS Kraków, a od 1933 warszawskiej „Legii”. Popularna „Jadzia” w 1936 r. dotarła do półfinału turnieju wimbledońskiego, gdzie przegrała ze sławną Helen Jacobs, a w następnym roku znalazła się w finale! Meczem finałowym Jędrzejowskiej ze znakomitą Dorothy E. Round, pasjonowała się cała Polska i przegrana Polce wstydu nie przyniosła. Nasza tenisistka dotarła także do finału francuskiego turnieju Rolanda Garrosa i amerykańskiego Forest Hills. Jędrzejowska wspominała, że gdyby przeszła na zawodowstwo, zarobiłaby tysiące dolarów. Reguła amatorstwa była w polskim sporcie oficjalnie surowo przestrzegana. Wyjątek stanowiły sporty walki. W zapasach utworzono specjalny związek zapaśniczy z Teodorem Sztekkerem na czele. Prezes sam w walkach zapaśniczych uczestniczył i zarobił niemało, zostając czterokrotnie zawodowym zapaśniczym mistrzem Polski. Jego największym rywalem był początkowo Aleksander Garkowienko, a walki obu siłaczy za każdym razem oglądały komplety publiczności w salach teatralnych, kinowych czy cyrkowych, tam je bowiem rozgrywano. Ciekawe, że widownia za nic miała obiegową opinię, że walki te nader często są markowane, a wyniki ustalane już wcześniej. Takie plotki nie dotyczyły zapasów amatorskich, które jednak większych sukcesów na arenie międzynarodowej Polsce nie przyniosły. Trzeba jednak wspomnieć nieocenionego działacza (a wcześniej zapaśnika) Władysława Pytlasińskiego, który w latach dwudziestych sprawił, że zapasy były widowiskowe. Po jego śmierci w 1933 r. sport ten wyraźnie tracił na popularności, publiczność wolała oglądać walki bokserów. Boks w przeciwieństwie do zapasów był w odrodzonej Polsce dyscypliną nową. Na igrzyskach olimpijskich w 1924 r. nasi bokserzy wszystkie pojedynki przegrali przed czasem. Polska strona nie miała nawet sekundanta. Ściślej rzecz biorąc, rolę sekundanta pełnił jeden z naszych kolarzy, a jego obecność w narożniku sprowadzała się do podawania albo rzucania ręcznika. Ręcznik został rzucony w każdej walce Polaka... Początki pięściarstwa nie były więc łatwe.

Pod koniec lat dwudziestych okazało się, że Polacy nasi bokserzy boksować jednak potrafią, a udowodnił to Edward Ran. Bokser ten przeszedł na zawodowstwo i święcił triumfy w Ameryce. Tam też sukcesy sportowe i finansowe chciał też osiągnąć Henryk Chmielewski, jego gwiazda szybko jednak zgasła. Zanim porzucił amatorstwo, w 1937 r. zdobył tytuł mistrza Europy. We wspomnianych mistrzostwach Polska reprezentacja w niczym nie przypominała tej z igrzysk z 1924 r. Złoty pas zdobył Aleksander Polus, a w łącznej punktacji pięściarze z Polski uznani najlepszą drużynę kontynentu. Sukces ten powtórzono przed samą wojną na mistrzostwach Europy w Dublinie. Polus, Antoni Kolczyński i Szapso Rotholc zostali powołani do reprezentacji Europy na mecz z USA. Także pięści takich bokserów jak Franciszek Szymura, Antoni Czortek i Edward Sobkowiak budziły respekt u każdego przeciwnika. Za twórcę tej potęgi bokserskiej słusznie uznano wywodzącego się z poznańskiej „Warty” trenera Feliksa Stamma.

O ile osiągnięcia polskiego boksu były coraz lepiej widoczne, to kolarstwa nie. W tej dyscyplinie mieliśmy już dziewiętnastowieczne tradycje. W Warszawie na Dynasach w 1892 r. Warszawskie Towarzystwo Cyklistów wybudowało tor kolarski. Welodromy istniały także we Lwowie, Łodzi i Krakowie. Na pierwszych igrzyskach w 1924 r. polska drużyna na 4000 m. wywalczyła srebrny medal. Na tym jednak olimpijskie sukcesy się zakończyły. Coraz bardziej malało też zainteresowanie kolarstwem torowym, a wraz z tym zmniejszała się liczba welodromów, zyskiwały natomiast na atrakcyjności wyścigi szosowe. W 1928 r. przeprowadzono pierwszy wieloetapowy Wyścig Dookoła Polski. Trasa prowadziła często bezdrożami Polski kresowej (Lida, Wołkowysk, Brześć), przez co kolarstwo zyskiwało nowych kibiców i zapewne przysłużyło się do promocji kultury fizycznej na całym obszarze II RP. Z drugiej jednak strony wyścig ten uświadamiał, że stan polskich dróg jest fatalny. Było to widoczne zwłaszcza podczas wyścigu Berlin-Warszawa, rozgrywanego w latach 1934-1936. Do granicy polsko-niemieckiej kolarze ścigali się nowo wybudowanymi autostradami, by zaraz po wjeździe do Polski trząść się na kocich łbach, brnąć w błocie lub krztusić się w kurzu.

Podobne problemy mieli pionierzy sportu samochodowego, choć z drugiej strony trzeba przyznać, że takie wyścigi jak automobilowy Rajd Polski (pierwszy raz rozegrany już w 1921 r.) zyskiwały na atrakcyjności. W rajdach zagranicznych, na dobrych szosach (np. w rajdzie Monte Carlo), polscy automobiliści większej roli nigdy nie odegrali. W sportach aeronautycznych Polacy mieli spore osiągnięcia, co oczywiście było także sukcesem polskiej myśli technicznej. Rekordowe przeloty samolotów RWD Franciszka Żwirki (w 1929 r. na wysokość ponad 4000 m) czy Stanisława Skarżyńskiego (w 1933 r. na trasie 3582 km) budziły dumę narodową. Ustanowiony w 1931 r. przez pilota Jerzego Drzewieckiego rekord prędkości na samolocie RWD-7, wynoszący 179,5 km/h, wydawał się nie do pobicia. Polscy piloci wygrywali też bezpośrednią rywalizację. Zwyciężyli w Challenge w 1932 i w 1934 r. Pierwsze zwycięstwo było zasługą duetu: Franciszek Żwirko i Stanisław Wigura. Obaj stali się bohaterami, a ich tragiczna śmierć miesiąc później w katastrofie lotniczej, pogrążyła kraj w żałobie. Inny znakomity duet sportowców-aeronautów stanowili: Franciszek Hynek i Zbigniew Burzyński. Dwukrotnie zwyciężyli w balonowych zawodach o puchar Gordona Bennetta.

Sukcesy lekkoatletów kilkakrotnie dostarczyły Polakom wielkich radości. W 1932 r. Janusz Kusociński wywalczył złoto w biegu na 10 000 m, a Stanisława Walasiewicz na 100 m.. Ta sama zawodniczka cztery lata później zdobyła medal srebrny. Dwukrotną medalistką olimpijską była Jadwiga Wajsówna (medale srebrny i brązowy w rzucie dyskiem). W rzucie oszczepem brąz wywalczyła Maria Kwaśniewska. W lekkoatletyce doczekaliśmy się wielu utalentowanych sportowców, którym wojna zabrała znakomicie zapowiadającą się sportową przyszłość. Kto wie, ile sukcesów osiągnąłby oszczepnik Eugeniusz Lokajski (żołnierz AK, znany autor filmów powstańczych, zginął w 1944), jak szybko przebiegłby swój dystans Józef Noji (zamordowany w Oświęcimiu), ilu rekordzistów wychowałby trener Antoni Cejzik (dziesięcioboista i olimpijczyk, po zakończonej karierze trener, zginął w kampanii wrześniowej). Wybuch wojny przerwał dobrze zapowiadający się rozwój sportu polskiego. Także w kulturze fizycznej ponieśliśmy niepowetowane straty. Historyk sportu Bogdan Tuszyński naliczył kilka tysięcy poległych sportowców i działaczy. Ten wysoki wskaźnik śmiertelności ludzi kultury fizycznej nie był przypadkowy. Kluby sportowe dbały bowiem nie tylko o sprawność cielesną, ale także o rozwój duchowy. Stąd właśnie tak częsta obecność w klubach sportowych sekcji kulturalno-oświatowych, bibliotek, a nawet chórów czy orkiestr. Działalność tą stymulował PUWFiPW, szczególnie dbając o patriotyczne wychowanie poprzez organizowanie zawodów z okazji rocznic narodowych. Organizacje kultury fizycznej pomagały w kształceniu sportowca na świadomego swych obowiązków obywatela II RP. W ten sposób mieliśmy w swojej historii tylu sportowców patriotów, dla których II wojna światowa stała się nie tylko końcem kariery sportowej, ale i kresem życia.

Robert Gawkowski

Zobacz też poprzednie artykuły:
- W rytmie epoki
- Społeczeństwo Drugiej Rzeczypospolitej
- Między hurapatriotyzmem i kompleksem niższości
- Muzy między wojnami

logo Muzeum Historii Polski
Copyright (c) 2008 Muzeum Historii Polski & (c) Fortepresse & (c) A. Żebrowski. Zdjęcia na wystawie pochodzą ze zbiorów NAC